Jak zostaliśmy szoferami naszych dzieci i jak przestaliśmy nimi być

Jak zostaliśmy szoferami naszych dzieci
Podwózka do i ze szkoły, zajęcia dodatkowe, basen, nauka gry na … ta lista nie ma końca. Codziennie wsiadamy do samochodu podkręceni, bo znów za późno wyszliśmy. Dlaczego za późno? Bo jedna z “pociech” postanowiła zgłębiać tajniki sztuki smarowania dżemu na kanapce ruchem łączącym Tai Chi z Krav Maga. Tygodniowy grafik naszych dzieci przypomina grafik prezesa średniej wielkości firmy. Do tego te małe bezwzględne CEO mają dwóch szoferów. Nas. Czy na pewno chcieliśmy zostać szoferami naszych dzieci?

To nie tak, że przesadzamy z ilością zajęć dodatkowych. Wierzymy, że jedno lub dwa zajęcia dodatkowe, to maksymalne obciążenie. Uważamy, że dziecko musi mieć czas na nudę, aby się rozwijać. Niby jest skromnie z zajęciami pozaszkolnymi a i tak właściwie codziennie coś się dzieje. Przykładowo: szkoła organizuje coś dodatkowego np.: konkurs recytatorski, harcerstwo też coś organizuje, a jeszcze dzień babci i dziadunia itp.. A jak mamy więcej niż jedno dziecko mnożymy tą listę razy dwa lub więcej.

Strasznie bym skłamał gdybym powiedział, że moje zaangażowanie w wożenie dzieci było równe z zaangażowaniem Basi. To ona dzielnie codziennie odhaczała 2/3 (jak nie więcej) grafiku. Co być może da się usprawiedliwić…bo moja praca… nie będę się pogrążał 🙂 . Nie da się tego usprawiedliwić 🙂 Kochanie jesteś wielka i dzięki Ci za to!

Jak zostaliśmy szoferami naszych dzieci
Czasem potrzebujemy dystansu aby coś zauważyć

Dystans pozwolił mi jednak zobaczyć, że coś nam się “pozajączkowało” w tym dorosłym życiu. Zamiast cieszyć się wolnością, to wymyślamy sobie “dodatkowe zajęcia” i mamy w dodatku świetne usprawiedliwienia, że to robimy. Jakie? Oto kilka z nich:

Bezpieczeństwo – usprawiedliwienie idealne

Po zadaniu pytania dlaczego wozimy wszędzie nasze dzieci, odpowiedź walnęła mnie jak rozjuszony nosorożec w terenówkę na safari. BEZPIECZEŃSTWO. Fantastyczne słowo. Słowo klucz. Słowo, z którym się nie dyskutuje. No bo jak coś się “stanie” to przecież będziemy bić się w piersi i mamrotać: “nasza wina, nasza wina, nasza bardzo wielka wina, mogliśmy je przecież wozić”.

A przecież moi rodzice nigdzie mnie nie wozili. Mieli samochód, mieli czas, ale… nie, nie wozili i tyle. Mieszkam w średniej wielkości miejscowości i od pierwszej klasy szkoły podstawowej musiałem sobie radzić sam w kwestii transportu :). Jakoś przeżyłem.

Kiedyś był mniejszych ruch

Może i był mniejszy ale czym to się jeździło w latach 80 tych i 90 tych :). Pamiętacie? Maluchy, polonezy, klepane mercedesy, golfy ech…. piękne czasy. No ale poza “tęsknotą” za 400 km, lipcową podróżą z rodzicami i starszym bratem Fiatem 126p, z bagażami na dachu i w środku (dało się tam coś jeszcze włożyć 🙂 ), to powiedzmy sobie szczerze: myśl technologiczna i systemy bezpieczeństwa w tych samochodach były do wymyślenia na nowo.

Kiedyś żyło się wolniej

Pamiętam, że w szkole podstawowej i średniej chodziłem na dodatkowy angielski, SKSy no i jeszcze harcerstwo, schola, spotkania wspólnoty, a do szkoły miałem 8 km lasem – bo akurat poszedłem do technikum leśnego. Zresztą do podstawówki też miałem prawie 2 km pieszo, bo moje miasto szerokie nie jest za to bardzo dłuuugie. I nie wiem czy żyło się jakoś wolniej niż dzisiaj.

Sami sobie zgotowaliśmy taki los

Trzeba uczciwie przyznać: to nasza wina. To my jako rodzice decydujemy w co angażują się nasze dzieci. Czasem “siada nam na mózg” i próbujemy robić z dzieci roboty: 2-3 dodatkowe języki, nauka tańca, grania i śpiewania. A co sie dzieje w większych miastach, gdzie możliwości są większe? Słyszałem ostatnio, że wielką popularnością cieszy się nauka gotowania – taki master chef dla dzieci. Masakra.

Z pewnością nie wymieniłem nawet 1% tego na co rodzice skazują swoje dzieci. W imię czego? Lepszego startu? Wolne żarty. Prawdopodobnie ten zamęczony dzieciak, będzie chciał od wszystkiego odpocząć, zamiast kształtować swoją osobowość i zrobić coś co pchnie świat do przodu. Czasem taki odpoczynek może trwać całe życie.

Psycholodzy alarmują, że coraz częściej mają do czynienia z syndromem wypalenia zawodowego, już u dzieci w wieku szkolnym. Wcześniej wypalenie zawodowe dotyczyło głównie osób z 10 letnim i większym stażem pracy.

Nie zagwarantujemy naszym dzieciom 100% bezpieczeństwa

Pogódźmy się z tym, że się nie da. To prawda, która boli wszystkich rodziców. Dodatkowo wożąc wszędzie nasze dzieci zbytnio je chronimy i odraczamy tylko w czasie ich konfrontację z zagrożeniami na drodze.

Zmniejszamy również ich szanse na wygraną w tym starciu. Nie daliśmy im okazji do ćwiczenia, nie pozwoliliśmy ponosić małych porażek, gdy byli w wieku pierwszoklasisty i ich horyzont samodzielności sięgał do sklepu spożywczego i z powrotem. Od nastolatków oczekujemy jednak, że nic “nie wywiną” jak już usiądą za kierownicą swojego pierwszego samochodu.

Mniejszy ruch na drogach i spokojniejszy tryb życia, to też argumenty mocno dyskusyjne. Może dzisiaj jest większy ruch ale samochody za to są bardziej inteligentne niż statystyczny maturzysta.

Jak zostaliśmy szoferami naszych dzieci

“Czarne liczby” wcale nie takie czarne

Wszystkie statystyki policyjne są zgodne: liczba wypadków z udziałem pieszych dzieci maleje. Za to wypadki z udziałem dzieci w samochodach, niepokojąco rosną lub są równe od kilku lat.

Przykładowo: wypadków z udziałem dzieci poruszających się pieszo, będących w wieku 7-14 lat w 2018 było: 678 (658 rannych i 20 zabitych). Wypadków z udziałem dzieci jako pasażerów, które odniosły rany było: 949 (936 rannych i 13 zabitych), czyli aż o prawie 30% więcej.

678 wypadków na 2,1 mln dzieci w wieku 7-14 lat. Pomimo niewątpliwych tragedii związanych z każdym wypadkiem, gdzie ofiarą jest dziecko, to te liczby w skali kraju pokazują, że nasze dzieci są bezpieczne.

Jak przestaliśmy być szoferami naszych dzieci

We wrześniu 2018 podjęliśmy decyzję. Koniec z wożeniem naszych dzieci. W okresie jesienno-zimowym są autobusy, w okresie wiosenno-letnim rowery, rolki itd.

Na początek sprawdziliśmy jak nasze dzieci jeżdżą na rowerach. “Zdawały egzamin” jadąc przed nami ulicą przez najtrudniejsze skrzyżowania (Tymoteusz ma już kartę rowerową, Ewa będąc o dwa lata młodsza zdawała jadąc ścieżką rowerową) w mieście, oraz pokazując co potrafią w miasteczku rowerowym.

Następnie sprawdziliśmy czy potrafią jeździć autobusem. Wystarczyły trzy wspólne przejażdżki i były już samodzielne.

Jak zostaliśmy szoferami naszych dzieci
Nasze dzieci pokochały dojeżdżanie na rowerze 🙂

Efekty?

Nasze dzieci odkryły, że bez rodziców są zazwyczaj szybciej w domu. A u nastolatków to ma nie małe znaczenie ;). Dlatego pokochały rowery, autobusy, rolki, nawet wędrówki na pieszo – bo nie muszą zostawać w świetlicy aż skończymy pracę.

Dodatkowo nasze dzieci odkryły co to znaczy mieszać w małym miasteczku (11-12 tyś mieszkańców) 🙂 . Pewnego wieczoru dostałem telefon od zatroskanych znajomych, że widzieli naszego dzieciaka jak jechał na rowerze bez kasku. Ewczan i Tymczan zrozumieli, że nie ma anonimowości w małych miasteczkach.

No i się wywrócił…

Scenka z domowego zacisza:

” – Kochanie to ja go zawiozę na ten angielski bo pada. – powiedziała moja Żona.
– No trochę pada, ale dlaczego chcesz go od razu zawozić? – spytałem.
– Bo pada. – odpowiedziała zgodnie z żelazną logiką moja Żona.”

Czasem przyzwyczajenia i nadopiekuńczość, walczą z dobrymi decyzjami. W końcu stanęło na tym, że Młody pojechał w deszczu rowerem.

No i się wywrócił, bo droga była śliska. Wrócił lekko zapłakany – bolało go obite kolano. Ogarnął się z błota i… z własnej chęci pojechał jeszcze raz rowerem. Tym razem obiecał, że będzie bardziej uważał 🙂 . Szacun ludzi ulicy dla Młodego!

Potwierdziło się, że decyzja o nie wożeniu dzieci była dobra. Nasze dziecko, które z natury jest mistrzem “iścia” po najmniejszej linii oporu (po jednym z rodziców :* ), pokazało że byle przeszkoda nie spowoduje, że się podda.

Może pozwoli mu to w dorosłym życiu nie szukać “dziury w całym” i nie szukać “prostych usprawiedliwień”, tylko będzie sprawnie omijał drobne przeszkody na drodze do swoich celów?

Czy nie macie wrażenia, że sami zapędzamy się w nawałnicę obowiązków?

Czasem próbujemy leczyć własne kompleksy, realizując nasze niespełnione pasje, rękoma naszych dzieci. Czasem nie potrafimy zobaczyć w naszych dzieciach ich naturalnych talentów, więc pchamy je na wszystkie możliwe zajęcia dodatkowe. Czasem zajęcia dodatkowe kosztują nas tak dużo, że musimy więcej pracować aby je opłacić. Kółko się zamyka a my padamy na twarz ze zmęczenia.

Przede wszystkim przestańmy być nadopiekuńczy. Niech dzieci popełniają błędy. Dajmy im do tego prawo. Niech ćwiczą samodzielność od najmłodszych lat, bo lepiej nauczą się pływać w brodziku niż na głębokim basenie. Bądźmy dla nich bezpiecznym portem, a nie kombinezonem ochronnym, bez którego w życiu sobie nie poradzą. A przy okazji będziemy mieli trochę wolnego.

Może Ci się także spodobać
Co zrobić aby dzieciaki przez wakacje nie zapomniały jak się czyta
Czytaj dalej

Co zrobić aby dzieciaki przez wakacje nie zapomniały jak się czyta

Ewa i Tymek czytają w wakacje! To zawsze budzi zdziwienie naszych znajomych, którzy są tak jak my, rodzicami najsprytniejszych "łazików" na tej szerokości geograficznej. No to dodajemy wtedy niewinnym głosem: "codzienne". Efekt murowany. Widok opadniętych szczęk, jest bezcenny. Jak zachęciliśmy nasze dzieci do czytania? Emocjami. Poznaj dwa pomysły na powiązanie czytania z emocjami!
Czytaj dalej
Marzenia nie mają granic
Czytaj dalej

Tato, a na urodziny chciałbym… mercedesa

Marzenia naszych dzieci często nas zaskakują. Gdy dzieci mają kilka lat, to akceptujemy te marzenia bezkrytycznie. Jednak gdy zaczynają mieć lat "naście", zaczynamy się niepokoić. No bo jak tu przejść spokojnie nad marzeniem: "Chcę być kasjerem w Biedronce". Niby mamy duży szacunek dla wszystkich kasjerów na Świecie, ale pojawia się niepokój - czy to szczyt marzeń naszych pociech? A co dopiero gdy pojawiają się marzenia z bardzo wysokiej półki?
Czytaj dalej
obraz: ludzki mózg
Czytaj dalej

“Tytus i zagadka wielkanocnych zajączków” – gra terenowa, która wygrała z smarfonami moich dzieci

Czy jest szansa na wygraną z komputerami, smartfonami, sieciami społecznościowymi czy yutubami w dzisiejszych czasach? Okazuje się, że tak! Choć, aby zrozumieć, jak to jest możliwe, trzeba najpierw poznać mechanizmy powstawania nawyków oraz zaakceptować fakt, że jesteśmy zupełnie bezbronni, jeśli chodzi o komputerową siłę przyciągania, jaka działa na nasze mózgi.
Czytaj dalej
Czytaj dalej

Rodzicu! Nie wal w dzieci jak w bęben!

Codzienne zabieganie. Moje listy zadań często mają swoje listy zadań - i tak bez końca. Słowem pośpiech i chęć bycia "doskonałym rodzicem" czasem prowadzi nas w niebezpieczne rejony bycia "mega dorosłym i profesjonalnym" w relacji z naszymi dzieciakami. Gdy wracamy z pracy nie poświęcamy im nawet 3 minut na podzielenie się emocjami - tylko od razu odpalamy listę zadań - co zrobione, co zadane itd. A gdyby ktoś nas tak "konkretnie" przywitał w pracy, u przyjaciół czy w kawiarni?
Czytaj dalej