Jak krzyczeć do dzieci, aby nie odbierały tego osobiście

Jak krzyczeć do dzieci, aby nie odbierały tego osobiście
Po pierwsze, najlepiej nie krzyczeć. I tyle. Jednak z doświadczenia wiemy, że nie zawsze się to udaje. W książce, pani Doroty Zawadzkiej (Super Niania), wyczytaliśmy kiedyś, że ona nie krzyczy na swoje dzieci, tylko krzyczy do swoich dzieci. I to absolutnie zmieniło nasze podejście do tego tematu. Zmiana z „na” na „do” diametralnie zmienia postać rzeczy. Ale jak krzyczeć do swoich dzieci, aby tego nie odbierały osobiście?

Jak każdy porządny kapitan na statku. Staram się wykorzystywać spokojny czas na morzu do niezbędnych napraw, konserwacji i porządków na naszym rodzinnym statku.

Właśnie dlatego, przy okazji wspólnego robienia naleśników (tak jakoś jest w naszym domu, że jeśli chodzi o naprawę silnika w samochodzie lub programatora w pralce, pierwsza z śrubokrętem w ręce, zjawia się inżynier Barbara z zawodu geodeta, a ja lubię stać przy garach), podpytałem dzieciaki: co myślą jak do nich krzyczymy.

Zapadła cisza. „W sumie to nic nie myślimy” stwierdził Tymczan. Oczywiście głębia tej odpowiedzi spowodowała milczenie po mojej stronie. Jak już przełknąłem gorzką pigułkę, że ja tu zadzieram sobie gardło, odstawiam Rejtana godnego sceny co najmniej Teatru Narodowego w Poznaniu, a oni nic nie myślą. Zadałem pytanie rodem z japońskiej filozofii Kaizen „DLACZEGO?”.Odpowiedź przyszła od Ewczana „Bo wiem, że nas i tak kochacie”. Zamurowało mnie. Zdecydowałem, że taka odpowiedź jest warta bitej śmietany na naleśnikach – choć staramy się jeść zdrowo 😉 .

Jak to się stało?

Po tej wymianie zdań, zastanawiałem się długo, skąd przeświadczenie, że ich kochamy, skoro do nich krzyczymy. Pamiętam kilka solidnych opieprzy od mojego taty. Czasem wolałem dostać klapsa, niż słuchać wrzasku i mieć wyrzuty sumienia, że zawiodłem rodziców, bo wysmarowałem (zupełnie nieświadomie 😉 ), świeżutko kupioną kanapę klejem biurowym. Po prostu robiliśmy z bratem laurki, no a gdzie wytrzeć brudne od kleju paluchy, jeśli nie w podręczne 6m2 materiału na kanapie? Słowem jak na mnie ktoś krzyczał, to czułem się źle, miałem wyrzuty sumienia, czułem że zawiodłem, poczucie własnej wartości malało do zera, no i oczywiście chciałem po awanturze jak najszybciej odkupić swoje winy. A nasze dzieciaki co? Jakieś nieczułe są?

I wtedy przypomniałem sobie. Po pierwszym krzyczeniu do dzieci, jak się już wszystko rozeszło po kościach, wzięliśmy dzieci na rozmowę. Oczywiście w kuchni 😉 Po pierwsze, przeprosiłem dzieci, że krzyczałem. Po drugie, wyjaśniłem im, dlaczego krzyczałem. A powód był prosty – puściły mi nerwy – emocje się ze mnie wylały. Czyli przyznałem się do swojej chwili słabości (zdenerwowania a nie odczuwania emocji), za którą właśnie przed chwilą przeprosiłem. Po trzecie, wziąłem pudełko. I wytłumaczyłem dzieciakom, że nieważne co się dzieje i jak bardzo narozrabiają to nasza miłość (rodziców do dzieci i dzieci do rodziców) jest bezpieczna. Zawsze i bezwzględnie jest chroniona w pudełku o nazwie miłość, do którego wkładam wszystkie dobre i gorsze momenty z naszego życia. Po czwarte, wytłumaczyliśmy im z Basią, różnice krzyczenia „na” i „do” nich. Krzyczymy bo puszczają nam nerwy i czasem krzyczymy nasze emocje i mamy do tego prawo. Tak samo jak dzieci mają prawo do wyrażania swoich emocji i nie powinny się ich wstydzić.

Jedna rozmowa

Okazało się, że ta jedna rozmowa wystarczyła, aby dzieciaki zapamiętały, że krzyczymy do nich bo tak wyrażamy swoje emocje, ale nie ma to nic wspólnego z utratą naszej miłości, czy myśleniem o nich, że nas zawiedli.

Tak nam weszło to w krew, że dziś, po każdym O.P.E.R.Z.E, zawsze dodajemy, że ich kochamy i uważamy, że widać coś im chwilowo padło na mózg, że zachowali się tak a nie inaczej, ale przecież to nie jest stan stały i wiemy, że w gruncie rzeczy to są z nich dobre dzieciaki.

Jak widać po naszych dzieciach, można czasem krzyczeć do dzieci, ale nie muszą tego odbierać osobiście. Warunek jest jeden – trzeba to zrobić dobrze i po wszystkim na spokojnie porozmawiać i wytłumaczyć dlaczego krzyczeliśmy.

Podziękowanie

Przy okazji, chcielibyśmy podziękować pani Dorocie Zawadzkiej, za napisanie ponad 11 lat temu książki, w której znaleźliśmy wiele cennych wskazówek, które się sprawdzają w codziennym, “normalnym” życiu.

Może Ci się także spodobać
Jak zostaliśmy szoferami naszych dzieci
Czytaj dalej

Jak zostaliśmy szoferami naszych dzieci i jak przestaliśmy nimi być

Podwózka do i ze szkoły, zajęcia dodatkowe, basen, nauka gry na ... ta lista nie ma końca. Codziennie wsiadamy do samochodu podkręceni, bo znów za późno wyszliśmy. Dlaczego za późno? Bo jedna z "pociech" postanowiła zgłębiać tajniki sztuki smarowania dżemu na kanapce ruchem łączącym Tai Chi z Krav Maga. Tygodniowy grafik naszych dzieci przypomina grafik prezesa średniej wielkości firmy. Do tego te małe bezwzględne CEO mają dwóch szoferów. Nas. Czy na pewno chcieliśmy zostać szoferami naszych dzieci?
Czytaj dalej
Co zrobić aby dzieciaki przez wakacje nie zapomniały jak się czyta
Czytaj dalej

Co zrobić aby dzieciaki przez wakacje nie zapomniały jak się czyta

Ewa i Tymek czytają w wakacje! To zawsze budzi zdziwienie naszych znajomych, którzy są tak jak my, rodzicami najsprytniejszych "łazików" na tej szerokości geograficznej. No to dodajemy wtedy niewinnym głosem: "codzienne". Efekt murowany. Widok opadniętych szczęk, jest bezcenny. Jak zachęciliśmy nasze dzieci do czytania? Emocjami. Poznaj dwa pomysły na powiązanie czytania z emocjami!
Czytaj dalej
Marzenia nie mają granic
Czytaj dalej

Tato, a na urodziny chciałbym… mercedesa

Marzenia naszych dzieci często nas zaskakują. Gdy dzieci mają kilka lat, to akceptujemy te marzenia bezkrytycznie. Jednak gdy zaczynają mieć lat "naście", zaczynamy się niepokoić. No bo jak tu przejść spokojnie nad marzeniem: "Chcę być kasjerem w Biedronce". Niby mamy duży szacunek dla wszystkich kasjerów na Świecie, ale pojawia się niepokój - czy to szczyt marzeń naszych pociech? A co dopiero gdy pojawiają się marzenia z bardzo wysokiej półki?
Czytaj dalej
Czytaj dalej

Rodzicu! Nie wal w dzieci jak w bęben!

Codzienne zabieganie. Moje listy zadań często mają swoje listy zadań - i tak bez końca. Słowem pośpiech i chęć bycia "doskonałym rodzicem" czasem prowadzi nas w niebezpieczne rejony bycia "mega dorosłym i profesjonalnym" w relacji z naszymi dzieciakami. Gdy wracamy z pracy nie poświęcamy im nawet 3 minut na podzielenie się emocjami - tylko od razu odpalamy listę zadań - co zrobione, co zadane itd. A gdyby ktoś nas tak "konkretnie" przywitał w pracy, u przyjaciół czy w kawiarni?
Czytaj dalej
Zakazywanie komórek
Czytaj dalej

Zakaz komórek w szkole – to tylko plasterek na ranę, która staje się problemem

Coraz częściej czytam, że doskonałym pomysłem będzie wprowadzenie zakazu komórek w szkole. Do tego paru znajomych wspomniało, że mundurki szkolne też byłyby super pomysłem. A to wszystko w imię „równych szans” i braku podziału na „tych bogatszych i biedniejszych”. Czy wszyscy mamy nasze dzieci za idiotów? Czy wierzymy, że tak właśnie działa nasze dorosłe życie? Takie podejście zaczyna stawać się problemem. Jednak wcale nie musi tak być.
Czytaj dalej
obraz: ludzki mózg
Czytaj dalej

“Tytus i zagadka wielkanocnych zajączków” – gra terenowa, która wygrała z smarfonami moich dzieci

Czy jest szansa na wygraną z komputerami, smartfonami, sieciami społecznościowymi czy yutubami w dzisiejszych czasach? Okazuje się, że tak! Choć, aby zrozumieć, jak to jest możliwe, trzeba najpierw poznać mechanizmy powstawania nawyków oraz zaakceptować fakt, że jesteśmy zupełnie bezbronni, jeśli chodzi o komputerową siłę przyciągania, jaka działa na nasze mózgi.
Czytaj dalej