Jak każdy porządny kapitan na statku. Staram się wykorzystywać spokojny czas na morzu do niezbędnych napraw, konserwacji i porządków na naszym rodzinnym statku.
Właśnie dlatego, przy okazji wspólnego robienia naleśników (tak jakoś jest w naszym domu, że jeśli chodzi o naprawę silnika w samochodzie lub programatora w pralce, pierwsza z śrubokrętem w ręce, zjawia się inżynier Barbara z zawodu geodeta, a ja lubię stać przy garach), podpytałem dzieciaki: co myślą jak do nich krzyczymy.
Zapadła cisza. „W sumie to nic nie myślimy” stwierdził Tymczan. Oczywiście głębia tej odpowiedzi spowodowała milczenie po mojej stronie. Jak już przełknąłem gorzką pigułkę, że ja tu zadzieram sobie gardło, odstawiam Rejtana godnego sceny co najmniej Teatru Narodowego w Poznaniu, a oni nic nie myślą. Zadałem pytanie rodem z japońskiej filozofii Kaizen „DLACZEGO?”.Odpowiedź przyszła od Ewczana „Bo wiem, że nas i tak kochacie”. Zamurowało mnie. Zdecydowałem, że taka odpowiedź jest warta bitej śmietany na naleśnikach – choć staramy się jeść zdrowo 😉 .
Jak to się stało?
Po tej wymianie zdań, zastanawiałem się długo, skąd przeświadczenie, że ich kochamy, skoro do nich krzyczymy. Pamiętam kilka solidnych opieprzy od mojego taty. Czasem wolałem dostać klapsa, niż słuchać wrzasku i mieć wyrzuty sumienia, że zawiodłem rodziców, bo wysmarowałem (zupełnie nieświadomie 😉 ), świeżutko kupioną kanapę klejem biurowym. Po prostu robiliśmy z bratem laurki, no a gdzie wytrzeć brudne od kleju paluchy, jeśli nie w podręczne 6m2 materiału na kanapie? Słowem jak na mnie ktoś krzyczał, to czułem się źle, miałem wyrzuty sumienia, czułem że zawiodłem, poczucie własnej wartości malało do zera, no i oczywiście chciałem po awanturze jak najszybciej odkupić swoje winy. A nasze dzieciaki co? Jakieś nieczułe są?
I wtedy przypomniałem sobie. Po pierwszym krzyczeniu do dzieci, jak się już wszystko rozeszło po kościach, wzięliśmy dzieci na rozmowę. Oczywiście w kuchni 😉 Po pierwsze, przeprosiłem dzieci, że krzyczałem. Po drugie, wyjaśniłem im, dlaczego krzyczałem. A powód był prosty – puściły mi nerwy – emocje się ze mnie wylały. Czyli przyznałem się do swojej chwili słabości (zdenerwowania a nie odczuwania emocji), za którą właśnie przed chwilą przeprosiłem. Po trzecie, wziąłem pudełko. I wytłumaczyłem dzieciakom, że nieważne co się dzieje i jak bardzo narozrabiają to nasza miłość (rodziców do dzieci i dzieci do rodziców) jest bezpieczna. Zawsze i bezwzględnie jest chroniona w pudełku o nazwie miłość, do którego wkładam wszystkie dobre i gorsze momenty z naszego życia. Po czwarte, wytłumaczyliśmy im z Basią, różnice krzyczenia „na” i „do” nich. Krzyczymy bo puszczają nam nerwy i czasem krzyczymy nasze emocje i mamy do tego prawo. Tak samo jak dzieci mają prawo do wyrażania swoich emocji i nie powinny się ich wstydzić.
Jedna rozmowa
Okazało się, że ta jedna rozmowa wystarczyła, aby dzieciaki zapamiętały, że krzyczymy do nich bo tak wyrażamy swoje emocje, ale nie ma to nic wspólnego z utratą naszej miłości, czy myśleniem o nich, że nas zawiedli.
Tak nam weszło to w krew, że dziś, po każdym O.P.E.R.Z.E, zawsze dodajemy, że ich kochamy i uważamy, że widać coś im chwilowo padło na mózg, że zachowali się tak a nie inaczej, ale przecież to nie jest stan stały i wiemy, że w gruncie rzeczy to są z nich dobre dzieciaki.
Jak widać po naszych dzieciach, można czasem krzyczeć do dzieci, ale nie muszą tego odbierać osobiście. Warunek jest jeden – trzeba to zrobić dobrze i po wszystkim na spokojnie porozmawiać i wytłumaczyć dlaczego krzyczeliśmy.
Podziękowanie
Przy okazji, chcielibyśmy podziękować pani Dorocie Zawadzkiej, za napisanie ponad 11 lat temu książki, w której znaleźliśmy wiele cennych wskazówek, które się sprawdzają w codziennym, “normalnym” życiu.





